
Człowiek wchodzi w ten świat z wiarą, że może dokonać cudów. Jednak środowisko, w którym żyje – kultura, zwyczaje, nawyki – zaczyna go kształtować i obciążać. Poddajemy się wirującemu nurtowi tego świata, dostosowujemy się do jego reguł i oczekiwań. Dobrze jest, gdy „idzie nam dobrze”, gdy rzeczy układają się według naszych wyobrażeń. Lecz gdy pojawiają się trudności, często zaczynamy się złościć – na siebie, na innych, na wszystko wokół. I wtedy rodzi się smutek.
Smutek powstaje wtedy, gdy nasze oczekiwania zderzają się z rzeczywistością. Gdy trwamy w nim zbyt długo, on zaczyna nas pochłaniać. To właśnie wtedy wkraczamy na drogę choroby ciała i umysłu. Ale prawda jest taka, że nikt nas w ten stan nie wprowadza – robimy to sobie sami, tworząc konstrukty pragnień i rozczarowań.
Warto być uważnym i analitycznym. Gdy nauczymy się obserwować swoje emocje, smutek nie zapanuje nad naszym sercem. Smutek jest pakietem niezrealizowanych oczekiwań – powstaje w nas i od nas zależy, jak do niego podejdziemy.
Dziecko jest tutaj naszym największym nauczycielem. Ono potrafi smucić się przez chwilę, a potem otrzepuje się i biegnie dalej. Rozumie, że są rzeczy, na które nie ma wpływu, i wraca do życia.
Nie róbmy ze smutku Bożka. Nie budujmy na nim konstrukcji, nie pielęgnujmy go, nie karmmy swoimi myślami. Smutek jest jedną z emocji – przychodzi i odchodzi. To my decydujemy, czy go zatrzymamy, czy pozwolimy mu przepłynąć.
Obserwujmy, analizujmy i idźmy dalej. Bo kiedy rozumiemy siebie, smutek nie ma władzy nad nami.
